Moja śp. Babcia kolekcjonowała kiedyś wielotomowe encyklopedie PWN. Takie w zielonych, dostojnych okładkach, z równie dostojnymi ilustracjami i rycinami. Podchodziła do tego z wielką pasją, zamawiając korespondencyjnie każdy tom (a było ich niemało - bo koło 40, a może i jeszcze więcej), każdą literkę i każde uzupełnienie tematyczne. Rozpakowywanie nowego tomu było niczym święto, a rosnąca kolekcja była ozdobą jej wieloletniego kredensu, pamiętającego czasy Sanacji. Zapewne wydała też na to niemałe pieniądze. Cel był jednak wiekopomny - zostawić coś na pokolenia, przecież wielotomowa, dostojna encyklopedia jest symbolem statusu każdego domostwa. Będzie też służyła lata, jeśli nie pokolenia, domownikom i ich młodocianej szarańczy.I co? Teraz każde hasło z niej możemy wpisać w wujku Google, a w 0,2 sekundy mamy dostęp do opisu w społecznej Wikipedii, w bardziej ambitnej encyklopedii PWN, czy nawet szanownej Britannica Online Encyclopedia. Pozycja owych encyklopedii na półce jest zatem w tym momencie czysto... sentymentalna. Zostały sprowadzone do roli pamiątki, której nie wypada ruszać.
I co z tego wynika?
Z owymi encyklopediami jest jak z postanowieniami i życzeniami na Nowy Rok. Można je sobie ambitnie planować i ogłaszać światu. Wierzyć w ich realizację i widzieć dalekosiężne cele i skutki. I co? Gówno. I tak nie wiesz co cię zaskoczy i co się zmieni tak bardzo, że nie jesteś w stanie teraz tego pojąć.
Tym optymistycznym - chciałem życzyć najlepszego w 2013.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz