Załóżmy, że nie ma ludzi złych z natury. Czy też dobrych. Każdy jest biała kartką, a charakter kształtują jego żyjcie (dla intelektualsów: tabula rasa, renesans, John Locke).
Charakter kształtują więc doświadczenia. Dziecko wychowane w rodzinie będącej niemal komunistycznym reżimem będzie zdyscyplinowane i zamknięte w sobie. To samo dziecko wychowane przez dwoje nowobogackich zostanie rozwydrzonym bachorem, ale może i otwartym na świat zdobywcą.
Podobnie jest w skali bardziej mikro. Przypadek decydujący o tym jakie wydarzenia nas spotykają, czy też jakich ludzi trafiamy. Jeśli dostaniemy kiedyś wpierdol w ciemnej ulicy - stajemy się lękliwi zmroku. Jeśli spotkamy kogoś na kogo się otworzymy, a on się od nas odwróci - stajemy się lękliwi powtórki takiej sytuacji. Jeśli zaś doświadczymy ludzi optymistycznych - uczymy się tego optymizmu. I tak dalej.
Zatem, jak to jest z tymi dupkami? Bycie dupkiem to swoisty mechanizm obronny i trzymanie ludzi, świadomie lub podświadomie, na dystans. To taki atak fatalnego nastroju, który ma się jednak nieustannie.
Z drugiej strony to także często przejaw inteligencji, co najmniej tej emocjonalnej. Nauczenie się jak trzymać świat, który może nam zaszkodzić, na dystans to pewnego rodzaju sztuka. Ci mniej bystrzy zostaną często milutkimi naiwniakami. Wreszcie to akty odwagi, bo świadome narażanie się na ostracyzm towarzyski jest wysoką ceną za święty spokój. Chyba dlatego lubię takich dupków, bo zawsze mam pewność, że przynajmniej są inteligentni.
Należy jednak pamiętać, by nie mylić wrednych dupków z, po prostu, kretynami.
Niestety, to także samo nakręcająca się spirala. Bo im dłużej się takim jest, tym bardziej świat zewnętrzny przekonuje Cię, że masz racje. Bo i on broni się wtedy przed Tobą, swoimi samoregulującymi się mechanizmami.
To taka ciemna spirala, w której jest jest szansa, że ktoś rozjaśni. Ale im dalej w nią, tym szanse te mniejsze. Aż w pewnym momencie - nie ma już powrotu.
