środa, 21 marca 2012

Redefinicja terminu: związek


Spotykam się czasem z tymi radosnymi tekstami. „Czemu ty właściwie kogoś nie masz? Przecież jesteś całkiem <tu wstawić odpowiednie miłe określenie: inteligentny, ogarnięty, dojrzały, nie taki patologiczny na jakiego wyglądasz>”. Faktycznie, to bardzo poważny argument by kogoś mieć.

Mam wrażenie, że przeważający procent pedalskich związków (zapewne i z 80%) opiera się na posiadaniu kogoś do pokazania się w towarzystwie (klubie dajmy na to), stałym partnerze seksualnym (ważna sprawa), czy wspólnych zakupach (nowy szaliczek to ważna sprawa także). Spotyka się zatem dwóch miłych chłopców (nie jestem miły, bynajmniej), którzy decydują się być razem. W końcu wśród miłych chłopców jest zawsze miło. Bez zbędnej refleksji następuje pakowanie się w relację, która nie do końca ma wyznaczony kierunek. Lub tym kierunkiem jest równia pochyła.

Widzę to podczas rozmów z osobami, które się niedawno rozstały. Okazuje się, że niewiele one wiedzą o swoich (byłych) partnerach. Troszkę ogólników, troszkę rzeczy które można spostrzec już po jednonocnej randce. 

Jak napisałem w jednej z poprzednich, nieco chaotycznej, notce związek to coś więcej niż chłopiec do towarzystwa. Jeśli zaczyna się poważnie zakładać możliwość utworzenia statusu związku, nie można zaczynać poszukiwań z myślą o poszukiwaniu kogoś wyłącznie w celu zagaszenia uczucia samotności. A tak właśnie robi większość.

Szukamy pasji i intrygującej nowości, nawet jeśli ma być na pograniczu patologicznej relacji. Nie ciepłego ciałka koło siebie.

Ps. chciałbym się znowu zauroczyć...