niedziela, 13 listopada 2011

Jak zdobyłem własnego Cyberstalkera

Wydaje Ci się, że nic Cię nie zaskoczy. Masz kilku kolegów. Część osób Cię lubi. Część nienawidzi. Haters gonna hate. I tak dalej. A tu nagle okazuje się, że jednak coś może Cię zaskoczyć. Dajmy na to, może Ci się trafić własny, osobisty cyberstalker.

Raczej nigdy nie uważałem się za nadmiernie ciekawą osobę. A na pewno nie taką, która może stać się celem cudzej mani. Okazało się, że jednak na każdego może to trafić. Trafiło i na mnie. Jak to ze zjawiskami z pograniczna zjawiska społecznego i chorobowego bywa, stało się to pewnym problemem. Ale i ciekawostką.

Wszystko zaczęło się od niewinnego, jaki dziesiątki, podrywu na portalu randkowym (dość nędznym). Ot, gadka szmatka. Od pogody na dworze, po rozmiar penisa. Od mojego życia zawodowego, po jego problemy psychiczne. Niestety, dla niego, dość szybko zorientowałem się co następuje: a) nie jest to osoba nadmiernie w moim typie, b) ma spore problemy z osobowością (ale takie podchodzące pod leczenie objawowe, jak chociażby uważanie się za potomka rodów szlacheckich). Zatem zakończyło się szybkim spławieniem.

Temat wrócił po dłuższym czasie. Nagle zacząłem otrzymywać sygnały od znajomych (i nieznajomych także!), że ktoś, mówiąc potocznie, robi mi w koło dupy. Nie jednak w sposób zwyczajny, jak to na pedały przystało (plotki i animozje to tutaj przecież norma, jak przymrozki w grudniu). To już przybrało rozmiary kolosalnego absurdu. Co by zacytować:

Etap 0, korespondencja na portalu randkowym:



Etap 1, informacje od znajomych:

"Ktoś mnie zaczepił na portalu i zaczyna wypytywać skąd Cię znam, dlaczego itp. Pomstuje na Ciebie jakbyś co najmniej był gwałcicielem, o co chodzi?"

Etap 2, eskalacja (tutaj czytać od dołu):





Etap 3, wiadomości od zainteresowanego (tak, jakbym nie wiedział, że jestem ciotą):





Etap 4, suma wszystkiego:

Zostałem zatem gwałcicielem, pieprzącym się bez zabezpieczenia (w tym miejscu jak zawsze gorąco propaguję bezpieczny seks :D ), łamaczem serc, szczęk... uff. Dużo tego!

A wszystko to od osoby której… nie widziałem nawet na oczy. Tak, nie tylko zero wymiany płynów, ale nawet zero kontaktu face to face. Ot, po prostu stałem się dla kogoś obiektem nienawiści, wyładowania frustracji i obiektem jego choroby. Choroby, bo inaczej tego nazwać się nie da.

Co robimy z takim przypadkiem? Cóż. Szkoły są dwie. Całkowicie olewamy, albo stosujemy stanowcze środki. Pierwsze nie wymaga omówienia. Można poczekać, aż persona Cię oleje. Nie daje nam jednak możliwości podglądu na to jak wiele osób jeszcze uszczęśliwi swoimi wywodami. Drugie może opierać się chociażby na analizie prawnej. Dajmy na to, od całkiem niedawna, stalking jest w Polsce karalny. Sejm w tym wypadku nadąża za rzeczywistością i daje nam mocne argumenty. Jest do tego kodeks karny i paragrafy o pomówieniu. I jeszcze inne opcja, o których można poinformować naszego „prześladowcę”.

Reasumując. Nie całe nasze społeczeństwo jest zdrowe psychicznie. Niczym w społecznej kampanii informacyjnej. Nigdy nie wiesz kto siedzi po drugiej stronie. I jakie bzdury krążą o tobie.

Najlepiej zaś kilkakrotnie przemyśleć co się napiszę, by nie brano Cię za kretyna.

Brak komentarzy: