Napiszmy więc o heteroseksualnej większości. Mamy kobietę lubiącą seks i chłopaka lubiącego seks. Taki, nazwijmy to, bez zobowiązań, wielkich miłości, związków. Jak będzie nazywana taka kobieta? Najczęściej "puszczalska". Można też dobrać bardziej rozbudowaną terminologię, budując ładne związki frazeologiczne, dajmy na to "puszczalska zdzira" albo "łatwa panienka". Jak nazwany będzie chłopak który lubi taki seks? Najprawdopodobniej dumnie "zaliczacz" albo "równy chłop". Dawać jest niefajnie, bo się puszczamy, brać to powód do dumy, bo zaliczamy.
Wracajmy do homoseksualistów. Tutaj podział kobieco - męski, dających - biorących też jest mocno odwzorowany. Mamy przecież pasywnych chłopców, o których można usłyszeć, że się "puszcza" ew. "daje". No i aktywnych którzy to dumnie "zaliczają".
Pytanie czy takie stawianie rzeczy ma jakiś sens, bowiem przyjemność ze stosunku seksualnego jest z natury podzielana przez wszystkich jego uczestników. W innym wypadku nazywa się to "gwałt".
Jeszcze jedno, kobiety (pasywi) mogą być tutaj postrzegane jako... ta głupsza strona w kontaktach seksualnych. Bo dają się "zbajerować", "namówić", "przekabacić". Bo liczą na coś więcej oddając się partnerowi. Który to parter wieczorem w klubie opowie kolegą kogo to właśnie "zaliczył".
Jak napisał mi dziś, pasywny, znajomy:
Ja lubię mówić, że zaliczam. Jest angielskie wyrażenie 'get laid', sugeruje coś biernego, bardziej pasywnego, a jest tłumaczone jako 'zaliczyć'. Bez sensu, że u nas to najładniejsze słowo rezerwują sobie ci od wsadzania. Też chcę zaliczać.
Dojdźmy też do konkluzji, bo wynika z tego jeszcze jedno. Może to się bowiem odwrócić i poza stereotypizacją ról seksualnych pojawić demonizowanie jednej z nich. Mamy bowiem często okropnego, aktywnego zdobywcę zaliczacza. I biednych, nieświadomych chłopców, które niczym bierne mimozy dają się mu zaliczyć. Pytanie czy nie jest to pogląd niczym wyciągnięty z lat 60tych, gdzie kobieta (tfu, pasyw!) jest taką bierną, nie umiejącą zaznaczyć swoich potrzeb istotą i narzędziem. Tymczasem, zawsze zakładałem, że seks to odpowiedzialna decyzja obojga partnerów, gdzie nikt nie jest traktowany przedmiotowo, nawet jeśli leży zakneblowany pod kimś.
A może... jednak pasywność to taki "state of mind"... Ale, o tym kiedy indziej, bo burzyło by powyższe ;). I na koniec, czy przez seks jesteśmy skazani na wieczne dzielenie roli ofiary i zdobywcy? Kurwa, jakież to nudne.
Ps. Jeszcze jedno. Głupia konserwatywność przejawia się tutaj jeszcze w jednej kwestii. Mianowicie próby mówienia o seksualności automatycznie wpisują Cię w ramy, mówiąc brzydko, zdziry. Więc, czasem aż strach się bać reakcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz