To jeden z czołowych tematów ostatnich dni. Kto paradował, kto nie paradował, jak EuroPride wypadło, co się nie udało. No i najważniejsze: czemu ktoś nie paradował, a czemu ktoś paradował?
Nie, nie było mnie tam. Co zresztą nie powinno być zaskoczeniem dla kogokolwiek kto mnie zna. Pytanie oczywiście zasadnicze - czemu mnie tam nie było.
Ogólnie, napisano już o paradzie i paradowaniu całkiem sporo, ciężko zatem się powtarzać (bo i po co).
Był głos gejów którzy nie idą - Tutaj
Był głos tych co dumnie poszli - Tutaj
Były i bardzo udane humorystyczne podejścia do tematu - Tutej
Ja nie poszedłem jednak z nieco innego powodu niż ten który jest najczęstszą osią konfliktu (wstydzę się - nie wstydzę się). Nie mam nic przeciwko mniej lub bardziej przegiętym (pewnie sam nim jestem). Nie mam nic przeciwko transseksualistą, drag queen. Chętnie bym się przelizał na środku Marszałkowskiej z ładnym chłopcem bez koszulki.
Chodzi mi tu o swoistą hipokryzję. Z jednej strony mamy wielkie i wzniosłe hasa parady. Żądamy związków, reprezentacji prawnej, dziedziczenia, kupna razem mieszkania. Bo mamy problemy takie i takie, bo partner nam zejdzie a nam nic się nie należy. Rozumiem nawet te postulaty i wierzę, że mogą być dla wielu ważne.
Ale jak można z jednej strony używać wielkich słów, a z drugiej robić imprezkę z ciotkami z piórkami w dupie. Walczyć o prawo dla rzeczy przyziemnych i prawa codzienności, pokazując się w sposób skrajnie inny niż codzienny.
Nauczono mnie, że o rzeczy poważne walczy się w sposób poważny.
Jeśli hasłem przewodnim tej radosnej imprezy było by "pokażmy się, poimprezujmy i podirytujmy ludzi na ulicy", "super impreza kurwo" albo "żądamy wpisania do ustawodawstwa RP, że impreza jest najważniejsza" szedł bym tam i skakał. Jasne, że tak.
Jakim jednak odniesieniem do haseł tam istniejących jest Drag na platformie? Facet w samych galotkach?
Pokazaniem, że jesteśmy różni? Jasne, że jesteśmy. Ale jesteśmy różni także w codzienności, a nie w wersji przekoloryzowanej.
I na koniec, jak miałbym stanąć naprzeciwko kogoś kto mówi, że te widoki doprowadzają go do wymiotów, skoro patrząc na niektóre zdjęcia sam miałbym na ww. wymioty ochotę...
Chcemy akceptacji, jasne, że tak. Ale sami nie widzimy, jak stajemy się niczym pan Antarex (największy szkodnik środowiska LGBT w kraju) naczelnym przekoloryzowanym zjawiskiem, którego zapraszając do, w zamierzeniu, poważnej rozmowy, sprowadza się do pokazywania publicznie jego starego, farmakologicznie napompowanego chuja którego pokazuje na Fellow. I którego nikt (tegoż pana, nie chuja) nie będzie traktował poważnie.
Reasumując, tu nie chodzi o wstyd lub brak wstydu. O dobrą imprezkę. Ale o samoświadomość. Tego pod jakim hasłem się idzie i jak właśnie ono powinno być realizowane. A poza tym... i tak było w piczkę gorąco!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz