Ostatnio okres świątecznej absencji minął zdumiewająco szybko. Ledwo się zorientowałem, dopiłem trunki sprezentowane mi na Boże N. do końca, a już następne święta.
"Nie będzie mnie w święta w domu. Wiesz, że nie lubię takich zjazdów, gdy muszę udawać kogoś kim nie jestem. Jak poinformujesz rodzinę, że masz syna pedała to pomyślimy ;) "
Te święta jednak są dość nudne. Mało komercyjne, więc prawie jakby ich na ulicach nie było. Wódki od rodzinny za przyjazd też nie dostanę, a podróż za jajko mnie jakoś mało pociąga. Jedyne co łączy je z Bożym N. to tłumy Prawdziwych Polskich Katolików tłoczących się w każdym pociągu, jakby podróż akurat w ten weekend była warta większej sprawy.
Tak, postanowiłem spędzić te święta poza domem rodzinnym. Dokładnie to spędzić je w moim Kabackim mieszkanku. Czy miałem jakiś bardzo silny powód ku temu? Nie. Raczej pretekst. Nie lubię rodzinnych obiadów, tłoków w pociągu, innych bzdetów. W domu rodzinnym nawet nie święci się "jajeczek". Ot, ustawowy rodzinny obiad, któremu mówię NIE. Ale nie jestem draniem, odrobię moją nieobecność.
Warszawa przypomina miasto z godziną policyjną. Wszyscy Prawdziwi Warszawiacy wrócili do siebie do domu do Radomia, Lublina i innych tego typu. Pustki. Przyjemne pustki. Czy kiedy indziej można znaleźć miejsce siedzące w piątek o 16, w autobusie jadącym spod G. Mokotów do Metra?
A właśnie, jeśli znacie jakiegoś wykluczonego rodzinnie gejka, który nie jedzie do rodzinnego domu, możecie go wysłać do mnie. Upieczemy razem... e... zaraz, co się piecze na Wielkanoc?
Notatnik chłopaka, mężczyzny, 25+, warszawiaka (acz nie od urodzenia), cynika, homoseksualisty, wiecznego singla, pracownika umysłowego, humanisty, niestabilnego emocjonalnie, wrednego, aspirującego, czasem bełkotliwego. Niegdyś "Warszafka Homoseksualna", dziś tylko Warszafka. Warszawa to bowiem stan umysłu, nie miejsce urodzenia.
sobota, 3 kwietnia 2010
czwartek, 1 kwietnia 2010
Coming Out'y
Jeśli powęszyć w poszukiwaniu najczęściej obracanych tematów na portalach dla gejów, oraz jeśli zapytać losowo wybraną grupę o ważne wydarzenia w ich życiu, na jeden z pierwszych planów wysunie się Coming Out. Na nasze, piękno polszczyźniane, przełożone jako Wyjście z Szafy. Nie mniej, nie więcej to ogłoszenie światu, że nie jest się do końca hetero, nie interesują nas, niestety, piczki ale peniski. Oczywiście nie chodzi tutaj o powiedzenie o sobie w środowisku którym się obracamy na codzień. Je bowiem wybieramy samodzielnie, więc i ono autoakceptuje nas. Nie trzeba się do niczego przyznawać, bo pewne rzeczy są oczywiste. Coming Out to dostarczenie informacji o sobie komuś kto nie do końca musi być tego świadomy, a na kogo jesteśmy w pewien sposób skazani. W naszej rzeczywistości największy nacisk na Coming Out kładzie się na powiedzenie o sobie najbliższej rodzinie.
Nie przykładałem do tego osobiście ogromnej wagi i nie uważam za niesamowite oraz arcyważne wydarzenie. To jednak nie jest regułom. Są tacy którzy dokładnie pamiętają datę tego wydarzenia, są tacy którzy nadal się tego boją i przekładają w nieskończoność. Znam przykłady dramatów które z tego wyrosły. Znienawidzenia kochanych wcześniej dzieci, wykluczenia z życia rodzinnego, a nawet domowej przemocy i wyrzucania z domu. Znam i przykłady gdy wszystko było wspaniale i podręcznikowo, a rodzice zapewniali swoją pociechę, że powinna być tym kim chce. Są i przykłady gdy osoby stawiające się w postaci autorytetów tłumaczą innym, że trzeba być jawnym i dumnym z siebie, po czym okazuje się, że w rodzinnych domach nie do końca wszystko o nich wiedzą. Wszystko to pokazuje jednak, że to wcale nie taka prosta sprawa.
Nigdy też nie zamierzałem robić z tego wielkiego wydarzenia. Nadmierna teatralizacja, czy podkreślanie tego faktu były dla mnie czymś absolutnie zbędnym. A hasło "mamo, mam Ci coś do powiedzenia" było by dla mnie wręcz policzkiem dla dość inteligentnych relacji panujących w domu.
Rzecz wypadła więc całkowitym przypadkiem. Mój były partner, nazwijmy go "B.", miał swojego czasu pewne problemy. Ja, w poczuciu obowiązku starałem się mu pomóc. Do pomocy jednak była potrzebna moja rodzicielka...
Przyszedł jednak i czas wyjaśnień. A właściwie te wyjaśnienia miałby być dla mnie dobrym momentem by z siebie to zrzucić.
Wspólny, kilkudaniowy, obiad w dobrej restauracji jest po części scenerią teatralną do wyznań. Zwłaszcza między kilkoma łykami wina. Ale nie tak to miało wyglądać. Zacząłem więc bardzo standardowo, opowiadając jak sprawa B. się potoczyła dalej. Lekko załamałem głos, by zaatakować.
- Wiesz, bo właściwie nie interesowałem się sprawą B. tak przypadkiem. Najzwyczajniej w świecie, kiedyś się z nim spotykałem przez jakiś czas... - powiedziałem jednym szybkim zdaniem, czekając z ciekawością na reakcję.
- Hm... A kto z kim zerwał? - odpowiedziała moja rodzicielka, nie przerywając nawet na chwilę nawijania makaronu na widelec
Wiedziała, oczywiście. Matki takie rzeczy wiedzą i nie czekają aż im się to uświadomi jak na zbawienie. Bo i po co? W moim przypadku to tylko kilka dodatkowych tematów do rozmowy gdy wracam do domu. Zwłaszcza na temat tego, kiedy wreszcie przedstawię odpowiadającego jej partnera...
Nie przykładałem do tego osobiście ogromnej wagi i nie uważam za niesamowite oraz arcyważne wydarzenie. To jednak nie jest regułom. Są tacy którzy dokładnie pamiętają datę tego wydarzenia, są tacy którzy nadal się tego boją i przekładają w nieskończoność. Znam przykłady dramatów które z tego wyrosły. Znienawidzenia kochanych wcześniej dzieci, wykluczenia z życia rodzinnego, a nawet domowej przemocy i wyrzucania z domu. Znam i przykłady gdy wszystko było wspaniale i podręcznikowo, a rodzice zapewniali swoją pociechę, że powinna być tym kim chce. Są i przykłady gdy osoby stawiające się w postaci autorytetów tłumaczą innym, że trzeba być jawnym i dumnym z siebie, po czym okazuje się, że w rodzinnych domach nie do końca wszystko o nich wiedzą. Wszystko to pokazuje jednak, że to wcale nie taka prosta sprawa.
Nigdy też nie zamierzałem robić z tego wielkiego wydarzenia. Nadmierna teatralizacja, czy podkreślanie tego faktu były dla mnie czymś absolutnie zbędnym. A hasło "mamo, mam Ci coś do powiedzenia" było by dla mnie wręcz policzkiem dla dość inteligentnych relacji panujących w domu.
Rzecz wypadła więc całkowitym przypadkiem. Mój były partner, nazwijmy go "B.", miał swojego czasu pewne problemy. Ja, w poczuciu obowiązku starałem się mu pomóc. Do pomocy jednak była potrzebna moja rodzicielka...
Przyszedł jednak i czas wyjaśnień. A właściwie te wyjaśnienia miałby być dla mnie dobrym momentem by z siebie to zrzucić.
Wspólny, kilkudaniowy, obiad w dobrej restauracji jest po części scenerią teatralną do wyznań. Zwłaszcza między kilkoma łykami wina. Ale nie tak to miało wyglądać. Zacząłem więc bardzo standardowo, opowiadając jak sprawa B. się potoczyła dalej. Lekko załamałem głos, by zaatakować.
- Wiesz, bo właściwie nie interesowałem się sprawą B. tak przypadkiem. Najzwyczajniej w świecie, kiedyś się z nim spotykałem przez jakiś czas... - powiedziałem jednym szybkim zdaniem, czekając z ciekawością na reakcję.
- Hm... A kto z kim zerwał? - odpowiedziała moja rodzicielka, nie przerywając nawet na chwilę nawijania makaronu na widelec
Wiedziała, oczywiście. Matki takie rzeczy wiedzą i nie czekają aż im się to uświadomi jak na zbawienie. Bo i po co? W moim przypadku to tylko kilka dodatkowych tematów do rozmowy gdy wracam do domu. Zwłaszcza na temat tego, kiedy wreszcie przedstawię odpowiadającego jej partnera...
Subskrybuj:
Posty (Atom)