piątek, 24 grudnia 2010

Życzenia

Święta to ten magiczny okres, gdy naprawiamy stare przyjaźnie, staramy się wyjaśnić zwady, oddać się refleksji nad błędami. Patrzymy odważnie w przyszłość, staramy się być lepszymi. Jesteśmy pełni wiary w lepsze jutro i ciepła dla innych.

Oczywiście, wszyscy wiemy, że to gówno prawda.

Zatem życzę wam dużo dobrego alkoholu pod choinką, najlepszych imprez i awansu społecznego w Nowym. Ahoj czy też raczej ho - ho - ho.


Foto - kolega Francisco Lachowski życzy wam ciepłych świąt

niedziela, 19 grudnia 2010

Rozmowy (2)

1.
- (...) Jesteś po prostu POPULARNY.
- Ja, popularny?
- Tak. Ludzie znają Twoją legendę. Znają Cię z legendy o Tobie, a nie znają Ciebie z kontaktu.
(...)
- Więc co na ten przykład mówią?
- [ tutaj litania zachowań seksualnych i plotek w tematach penisorozmiarowych - redakcja ]
- Matko boska... Ale, w gruncie rzeczy. Z dwojga złego, lepiej w tę stronę.

2.
- Bo widzisz, to tak a propos X... zastanawiałem się, jak można kogoś kochać i nie walczyć o niego (i nie mówię tu, o uczuciach z mojej strony). Tyle słyszałem, że zależy i takie tam... Nie chodzi o walczenie "zostań ze mną". Nie nie... Całkiem nie o tym.

- On wciąż cię kochał, a nie walczył? Czy to bardziej odwrotnie?

- Kochał, ale był świadom moich wad, ja byłem świadom moich wad... Kochał, chciał być, ale nie robił nic z nimi. Nie rozumiem tego. Nigdy nie dał do zrozumienia "nienawidzę twoich wad, ale tak mi na tobie zależy, że zrobimy coś z nimi, będziemy nad nimi pracować". Codziennie nade mną pracować, ustalić system kar i nagród, wysłać do psychologa by mnie socjalizował. Nie wiem, cokolwiek. Cokolwiek by zmienić te kurewskie wady z którymi nie mógł sobie radzić.

- Pracowanie nad sobą, to ogromne wyrzeczenie. Wiele osób bojąc się podjęcia tego trudu pozostaje w barłogu własnego marazmu, nadając samemu sobie status osoby mniej rozgarniętej. I tutaj albo szuka kogoś, kto będzie bardziej zakochany, by przetrwać od stanu zauroczenia, do rozczarowania wadami i tak nieustannie.

- Ale to nie pracowanie nad sobą, a nad kimś

- Albo szukać, do znalezienia silnej jednostki terapeutycznej

- On wytrzymał ze mną jakieś 2 lata, rozstań i powrotów


3.
- Ej, miałeś kiedyś kogoś łysego?
- Nauczyciela w liceum
- A partnera?
- Fuj, nie, nie lubię seksu z niepełnosprawnymi.

wtorek, 16 listopada 2010

Tak na marginesie

Lepiej być zwyczajowo ładnym cały życie, niż zjawiskowym jeden sezon.

piątek, 5 listopada 2010

Fashion (i takie tam)

Jako, że dane mi było na chwilę wyrwać się ze Stolicy, w celach (nazwijmy to) świato - poznawczych, pozwolę sobie nieco o tym. Fashion Week w Łodzi to impreza, jak twierdzą organizatorzy, dla entuzjastów mody oraz dla szeroko pojętej "branży". Poza tym, owa branża, jak nie trudno się domyśleć przyciąga stada pedałków (często ledwo pełnoletnich).

W końcu na co ma wydawać pieniądze szanujący się gej jak nie na ciuchy? Na rodzinę, pralki i paski klinowe (taka część samochodu) niech wydają pieniądze heteroseksualiści. Stereotypowe podejście? Mam to w nosie. Ale nie bójcie się, do zostania szafiarką jeszcze mi bardzo, ale to bardzo dużo brakuje ;)

1 Jeśli wnioskować by po imprezach modowych, ludzie w Polsce nie ubierają się dobrze, by dobrze wyglądać. Ale chociażby po to, by zrobić im zdjęcia, oceniać się i pokazywać. Zamiast bawić się modą śledzą się w rankingach na najlepszą stylizację. Jeśli nie wnioskować po imprezach modowych - ludzie w Polsce w ogóle dobrze się nie ubierają.

2 W Polsce jest więcej ludzi chcących robić modę niż chętnych na kupno jej. Co niestety skończy się w sposób dość patologiczny, 75% osób się z niej nie utrzyma, mniej więcej tyle będzie musiało zatem szukać (szlochając nosem) innego źródła utrzymania. Zakładam też, że jest więcej blogerów modowych niż ich czytelników, a oglądalność nabijają wyświetlając się nawzajem. Mało kto pojmuje, że jesteśmy społeczeństwem ubierającym się, co najwyżej, w sieciówkach. Wielu chce za to poczuć wielki świat.

3 Kiedyś 15 latkowie chcieli zostać policjantami albo lekarzami. Dziś chcą zostać stylistami, fotografami, albo modelami (a najlepiej wszystko na raz). Co gorsza realizują się w tym (a kto nas, kurwa, będzie leczył, co?). Nie wierzycie? Poczekajcie tylko, jak MaxModels będzie miało więcej użytkowników niż Fotka.pl.

4 Jeśli przyszłością polskiej młodej mody są chłopcy w leginsach z chujkami na wierzchu to chyba czas na emigrację. Ale nie, na szczęście nie są. Są i ludzie z pomysłami. Pisałem już, że chcę leginsy od Nennuko?

5 Łódź to najbardziej paskudne i patologiczne miasto jakie widziałem. Zastanawiam się, czemu są tacy którzy chcą tam dobrowolnie mieszkać. Aczkolwiek, robią dobre imprezy w starych fabrykach. Z ciekawostek podam kluby z selekcją w których nie ma selekcji, tramwaje w takcie co 20 minut (coś a la PKS na wiosce), główny rynek zbytu w kraju dla odzienia sportowego. Kocham Warszawę, kocham.

Typowa Łódzka zabudowa.

wtorek, 28 września 2010

Dzienniki, transparentność życia codziennego

Jest wtorkowy, deszczowy wieczór (swoją drogą, wieczory zaczynają się już niepokojąco szybko). Popijając aromatyczną kawę umilam sobie czas czytając fragmenty dzienników Mrożka. Jakże wieloma zdaniami można opisać codzienność, gdy jest się do tego predysponowanym ponad przeciętność. Gdy nie sprawia nam to wysiłku.
Zapewne nikt 50 lat temu w najśmielszych wyobrażeniach (nikt poza Lemem, dodajmy uczciwie ;) ) nie przypuszczał, że pisanie dziennika stanie się nie tylko tak banalne, ale także i tak powszechne. Zmieniając także formę, nie każąc już sobie czekać na publikację lata, a będąc dostępnym w sekundy.

Pytanie w jakim stopniu piszemy je nadal dla siebie, a w jakim dla innych. Czy ta wirtualna forma ma jakąś wartość. Czy przetrwa dłużej niż rok.
Statystyki mówią dość jednoznacznie. Ktoś mnie czyta. Ktoś śledzi, nawet czasem regularnie. Czasem nawet, ku mojej radości, ktoś prywatnie ze mną dyskutuje o tym co napisałem. Mogę więc uprawiać ekshibicjonizm.

Wywiązałem ostatnio rozmowę. Ktoś stwierdził, że taki ekshibicjonizm, upublicznianie, transparentność swojego życia czyni nas mniej podatnymi na cudze ataki. Im mniej tajemnic, tym trudniej nas jakąś szantażować, zaskoczyć. Tym mniej musimy uważać. Tym jesteśmy mniej dwulicowi.
Jedni piszą więc na blogu o swoim życiu erotycznym, problemach z odbytem, albo związkach. Inni nie robią problemy ze swojej nagości, bo manifestują, że w ten sposób nie mają nic do ukrycia ("o matko, pokazał siusiaka!"). W pewien sposób ukróca to szepty za plecami. Jak bowiem można szeptać o czymś co jest faktem publicznym, nie usłyszy się "a bo ludzie mówią", skoro sam o tym mówię. Mało w tym sensu. Poza tym, nie ukrywanie faktów które mogą zostać uznane za wstydliwe, krzyczy, że wcale się ich nie wstydzimy.
Zresztą, tu nie tylko o prowadzenie życia publicznego na blogu chodziło...

Czasem najtrudniej dla wszystkich zapytać o opinię najbardziej zainteresowanego. Mamy więc nie tylko dziennikowy wentyl bezpieczeństwa od zapomnienia, ale także swoisty punkt informacyjny. Nie chciało by mi się pisać dzienników do szuflady. Po prostu nie jestem w ułamku tak fascynujący jak Mrożek...

Zatem, niedługo napiszę Wam czego się boję. To dopiero akt odwagi.

poniedziałek, 27 września 2010

Postanowiłem "nie lubić" ludzi nieco mniej ostentacyjnie

Ostentacyjne dawanie do zrozumienia braku sympatii do danego osobnika miewa swoje wady.

Jedną z nich jest to, że może on nie zrozumieć powodów braku tejże sympatii. To daje pole do nadinterpretacji i dopowiedzeń. A takich luksusów, tak luksusów (!), nie powinniśmy im dawać.

Poza tym, zwykły brak sympatii nie oznacza "nie lubię Cię". Tak jak brak szacunku nie oznacza tego. Ah, skomplikowane.

Chociaż nadal nie wiem, jak dawano do zrozumienia niechęć do dalszego utrzymywania znajomości PRZED wynalezieniem Facebooka i usuwaniem się z listy znajomości. Ma ktoś jakiś pomysł?

poniedziałek, 6 września 2010

Rozmowy (1)

1.
- Więc strasznie bym chciał ten rower. Ale wiesz, on kosztuje jakieś 2 tysiące, a jakoś nie mam wolnych 2 tysięcy...
- Zatem może czas zmienić sposób utrzymywania się, pomyśleć o etacie? Będziesz miał go za co kupić
- Ale wtedy nie będę potrzebował roweru. Starzy ludzie nie jeżdżą na rowerach
- Znowu coś pieprzysz. Mnie dziś boli wątroba, to są prawdziwe problemy
- Ależ ja Ci niczym niestety w tej kwestii nie pomogę. Tak jak ty mi nie pomożesz. Niestety są rzeczy z którymi nie można nic zrobić.

2.
- Co Ty widzisz w tych nastolatkach?
- Odmładzają mnie. Czuje się w nich młodszy niż mam lat w kalendarzu. Świeżo, młodzieńczo
- Ale z nimi nie ma o czym rozmawiać nawet...
- To nie jest istotne. Splendor młodości jest istotny. Bycie czasem jednym z nich jest istotne. Ah, jakże bym chciał by moja młodość tak wyglądała jak ich wygląda.

3.
- Boje się zostania 30 letnią Ciotą, noszącą skórzaną kurteczkę, chustkę na szyi, skórzaną torbę na zgiętym nadgarstku i widoczne majtki podczas schylania się. Iście stereotypowym obrazkiem starszego homoseksualisty, oni wszyscy są tacy sami. Wiesz o czym mówię, prawda?

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Seksualność (jakież to stereotypowe)

Powiedzmy sobie wprost. Prawie wszyscy uprawiamy seks. Ok, jedni rzadziej, inni częściej. Ale jednak żyjących w celibacie jest ułamek. Więc powiedzmy śmiało, to temat dotyczący nas wszystkich.

Napiszmy więc o heteroseksualnej większości. Mamy kobietę lubiącą seks i chłopaka lubiącego seks. Taki, nazwijmy to, bez zobowiązań, wielkich miłości, związków. Jak będzie nazywana taka kobieta? Najczęściej "puszczalska". Można też dobrać bardziej rozbudowaną terminologię, budując ładne związki frazeologiczne, dajmy na to "puszczalska zdzira" albo "łatwa panienka". Jak nazwany będzie chłopak który lubi taki seks? Najprawdopodobniej dumnie "zaliczacz" albo "równy chłop". Dawać jest niefajnie, bo się puszczamy, brać to powód do dumy, bo zaliczamy.

Wracajmy do homoseksualistów. Tutaj podział kobieco - męski, dających - biorących też jest mocno odwzorowany. Mamy przecież pasywnych chłopców, o których można usłyszeć, że się "puszcza" ew. "daje". No i aktywnych którzy to dumnie "zaliczają".
Pytanie czy takie stawianie rzeczy ma jakiś sens, bowiem przyjemność ze stosunku seksualnego jest z natury podzielana przez wszystkich jego uczestników. W innym wypadku nazywa się to "gwałt".

Jeszcze jedno, kobiety (pasywi) mogą być tutaj postrzegane jako... ta głupsza strona w kontaktach seksualnych. Bo dają się "zbajerować", "namówić", "przekabacić". Bo liczą na coś więcej oddając się partnerowi. Który to parter wieczorem w klubie opowie kolegą kogo to właśnie "zaliczył".

Jak napisał mi dziś, pasywny, znajomy:
Ja lubię mówić, że zaliczam. Jest angielskie wyrażenie 'get laid', sugeruje coś biernego, bardziej pasywnego, a jest tłumaczone jako 'zaliczyć'. Bez sensu, że u nas to najładniejsze słowo rezerwują sobie ci od wsadzania. Też chcę zaliczać.

Dojdźmy też do konkluzji, bo wynika z tego jeszcze jedno. Może to się bowiem odwrócić i poza stereotypizacją ról seksualnych pojawić demonizowanie jednej z nich. Mamy bowiem często okropnego, aktywnego zdobywcę zaliczacza. I biednych, nieświadomych chłopców, które niczym bierne mimozy dają się mu zaliczyć. Pytanie czy nie jest to pogląd niczym wyciągnięty z lat 60tych, gdzie kobieta (tfu, pasyw!) jest taką bierną, nie umiejącą zaznaczyć swoich potrzeb istotą i narzędziem. Tymczasem, zawsze zakładałem, że seks to odpowiedzialna decyzja obojga partnerów, gdzie nikt nie jest traktowany przedmiotowo, nawet jeśli leży zakneblowany pod kimś.

A może... jednak pasywność to taki "state of mind"... Ale, o tym kiedy indziej, bo burzyło by powyższe ;). I na koniec, czy przez seks jesteśmy skazani na wieczne dzielenie roli ofiary i zdobywcy? Kurwa, jakież to nudne.

Ps. Jeszcze jedno. Głupia konserwatywność przejawia się tutaj jeszcze w jednej kwestii. Mianowicie próby mówienia o seksualności automatycznie wpisują Cię w ramy, mówiąc brzydko, zdziry. Więc, czasem aż strach się bać reakcji.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Powstanie (i takie tam)

Ja wiem. Nazwa bloga wskazuje, że piszę tutaj z natury o życiu gwiazd warszawskiego światka homoseksualnego. A tutaj, jednak, pierwszy raz o czymś innym. W nazwie jest jednak jeszcze "warszawska", prawda?

Oddając hołd mojej rodzinie w Powstaniu Warszawskim, powinienem jednak coś wspomnieć. To, że służyli w oddziałach Abwehry (niemiecki wywiad wojskowy) nie ma tu wielkiego znaczenia, prawda?

Nie rozumiem. Czemu Polacy mają tak niesamowitą chęć do czczenia największych porażek, pomyłek i głupot w swojej historii?
Czemu robi się bohaterów z ówczesnej młodzieży, która dziś najprawdopodobniej zakwalifikowalibyśmy do bitnej grupy JP 100% a która chciała sobie postrzelać, totalnie ignorując, że przy okazji Niemcy nieco się wkurwią i rozładują swoją złość na bogu ducha winnych cywilach?
Czemu czci się coś co doprowadziło do całkowitej destrukcji całego miasta i całkowicie niepotrzebnej śmierci jakiś 120 - 130 tyś cywilów, kobiet, dzieci?
Czy w imię bzdurnych pogawędek o honorze nie warto było poczekać jeszcze parę tygodni aż wyzwolą miasto regularne oddziały wojskowe?

Tak. W dziwnym kraju przyszło mi egzystować. Obrońcy dwóch zbitych ze sobą desek pod Pałacem i czciciele nieudolnych zrywów patriotycznych.

Czuje dziś obrzydzenie.

czwartek, 22 lipca 2010

Nie paradowałem

To jeden z czołowych tematów ostatnich dni. Kto paradował, kto nie paradował, jak EuroPride wypadło, co się nie udało. No i najważniejsze: czemu ktoś nie paradował, a czemu ktoś paradował?

Nie, nie było mnie tam. Co zresztą nie powinno być zaskoczeniem dla kogokolwiek kto mnie zna. Pytanie oczywiście zasadnicze - czemu mnie tam nie było.

Ogólnie, napisano już o paradzie i paradowaniu całkiem sporo, ciężko zatem się powtarzać (bo i po co).
Był głos gejów którzy nie idą - Tutaj
Był głos tych co dumnie poszli - Tutaj
Były i bardzo udane humorystyczne podejścia do tematu - Tutej

Ja nie poszedłem jednak z nieco innego powodu niż ten który jest najczęstszą osią konfliktu (wstydzę się - nie wstydzę się). Nie mam nic przeciwko mniej lub bardziej przegiętym (pewnie sam nim jestem). Nie mam nic przeciwko transseksualistą, drag queen. Chętnie bym się przelizał na środku Marszałkowskiej z ładnym chłopcem bez koszulki.

Chodzi mi tu o swoistą hipokryzję. Z jednej strony mamy wielkie i wzniosłe hasa parady. Żądamy związków, reprezentacji prawnej, dziedziczenia, kupna razem mieszkania. Bo mamy problemy takie i takie, bo partner nam zejdzie a nam nic się nie należy. Rozumiem nawet te postulaty i wierzę, że mogą być dla wielu ważne.
Ale jak można z jednej strony używać wielkich słów, a z drugiej robić imprezkę z ciotkami z piórkami w dupie. Walczyć o prawo dla rzeczy przyziemnych i prawa codzienności, pokazując się w sposób skrajnie inny niż codzienny.

Nauczono mnie, że o rzeczy poważne walczy się w sposób poważny.

Jeśli hasłem przewodnim tej radosnej imprezy było by "pokażmy się, poimprezujmy i podirytujmy ludzi na ulicy", "super impreza kurwo" albo "żądamy wpisania do ustawodawstwa RP, że impreza jest najważniejsza" szedł bym tam i skakał. Jasne, że tak.
Jakim jednak odniesieniem do haseł tam istniejących jest Drag na platformie? Facet w samych galotkach?
Pokazaniem, że jesteśmy różni? Jasne, że jesteśmy. Ale jesteśmy różni także w codzienności, a nie w wersji przekoloryzowanej.

I na koniec, jak miałbym stanąć naprzeciwko kogoś kto mówi, że te widoki doprowadzają go do wymiotów, skoro patrząc na niektóre zdjęcia sam miałbym na ww. wymioty ochotę...

Chcemy akceptacji, jasne, że tak. Ale sami nie widzimy, jak stajemy się niczym pan Antarex (największy szkodnik środowiska LGBT w kraju) naczelnym przekoloryzowanym zjawiskiem, którego zapraszając do, w zamierzeniu, poważnej rozmowy, sprowadza się do pokazywania publicznie jego starego, farmakologicznie napompowanego chuja którego pokazuje na Fellow. I którego nikt (tegoż pana, nie chuja) nie będzie traktował poważnie.

Reasumując, tu nie chodzi o wstyd lub brak wstydu. O dobrą imprezkę. Ale o samoświadomość. Tego pod jakim hasłem się idzie i jak właśnie ono powinno być realizowane. A poza tym... i tak było w piczkę gorąco!

wtorek, 20 lipca 2010

Jebani optymiści

Jednoosobowa rodzina B. odpoczywała.

Rozłożył się na skórzanej kanapie w całkiem pustym salonie, z trudem wdychając gorące powietrze.
Może powinien sobie kupić kota? To już by był jakiś zalążek rodzinnych relacji. Musiał by dbać, karmić, doglądać. Być odpowiedzialnym. A on by był zależnym.
Byle nie psa. Są takie głupie...

Zatem jedyny członek rodziny B. odpoczywał. To były męczące i problematyczne czasy.
Choroba bliskich, jego problemy z empatią w takiej sytuacji, problemy lokalowe, finansowe, życie z pierwszego na pierwszego, topniejące ostatnie oszczędności, decyzje dotyczące dalekosiężnej przyszłości, użeranie się z chamami, oszustami, z codziennością.
Był zmęczony budowaniem relacji z ludźmi z którymi jedyne co go łączy, jest to, że wszyscy lubią męskie pośladki. A na których jest skazany, bo to niby jego "środowisko". Pesymizm codzienny połączył się z problemami które nagle nastały.

Wdychał swoim nie do końca sprawnym układem oddechowym gorące powietrze, patrząc w okno marzył o emigracji gdzieś za Odrę. I gdzie oni znajdą takiego cholernego pesymistę jak go zabraknie?

niedziela, 11 lipca 2010

Praktyka i teoria

" - Więc, gdy na chwilę poszedłeś przysiadł się ktoś do mnie. Zapytał czy jestem Twoim chłopcem. Nie odpowiedziałem. Zapytał więc ponownie, czy możesz ze mną być, ze świadomością, że Cię pewnie zdradzam?"

Właśnie zaczynamy radosny tydzień, zwany dumnie (!) Euro Pride. Nie będę wnikał ile w tej dumie walki. Ona jednak na pewno siedzi gdzieś w nas, walka z tymi co nie mają ochoty akceptować cudzej wolności, walki z naszymi rodzicami którzy nie akceptują nas, walka z tymi którym chcemy powiedzieć "whatever, nie Twoja sprawa!".

Co by było jakby nie trzeba było już walczyć? Prawda jest taka, że nie potrzeba prawicowych oszołomów, chłopców w glanach z białymi sznurówkami, dresiarstwa, polityków katolickich oszołomów, by ktoś z nami walczył. Gdyby to była walka na noże, zarżnęlibyśmy się sami wzajemnie jak dzika wataha.

Z zazdrości, zawiści, kompleksów, hobbistycznie, braku innych zajęć. Bo go nie lubię, bo jest zbyt przegięty, bo zbyt ładny, bo zbyt brzydki, bo ma lepiej niż ja, bo nosi szpilki do klubu, bo wygląda jak ciota, bo jest zbyt popular, bo ma ciężki charakter, bo go nie rozumiem.

Pomyślcie o tym, nim następnym razem radośnie oddacie się plotkom na czyjś temat i znowu zaczniecie mylić cudze opinie z rzeczywistością. Pomyślcie gdy sami będziecie dorzynać środowisko o które dumnie walczycie.

Zatem, dużo dumy życzę, jeśli tylko uważasz, że możesz być z siebie dumny.

niedziela, 13 czerwca 2010

Krótka forma

Osoby:
- BOHATER GŁÓWNY,
- X.Y., gdzie za X i Y można dobrać dowolne imię i nazwisko z szerszej puli

Wystawiane: na szeregu różnych scen, w różnych odstępach czasowych, jednak z pewną regularnością

- Widzisz, tu chodzi o to, że nawet jak idziesz koło mnie, czuję jakbym szedł sam. Nikt nie dokańcza moich zdań, nikt nie dopowiada moich myśli. Sam muszę dokańczać moje zdania, sam muszę dopowiadać swoje myśli...
- Czyli czujesz się...
- Samemu. Samotnie. Zaraz, jak myślisz, czy to synonimy?
- Chyba nie rozumiem nadal.
- To taka zbieżność umysłów. Albo się ją ma, albo nie. Widzisz, rozumiesz. To jak z tą ciszą, jest fajna jak nie jest niezręczna, bo oboje wiemy, że akurat teraz jej potrzeba.
- Tak, ale...
- Poza tym szacunek. Tak, szacunek. Szanuje niewielu, najczęściej po prostu bystrzejszych od siebie, imponujących mi. Bez niego, szacunku znaczy się, traktuje świat jak powietrze - fuuu, wzdycha poprawiając westchnięciem grzywkę - no, powietrze. Nie możesz mi tu wychodzić ze swoją głupotą.
- Powietrze?
- Więc sam widzisz jak nam ciężko. Znaczy mi ciężko, bo tu nie ma nas. Tak, tak. Indywidualizm to podstawa - obraca się na pięcie. Znika za kurtyną. Zatrzaskuje drzwi w mieszkaniu, kładzie się na łóżku pijąc czerwone wino, patrząc w sufit. Jest weekend. No to do następnego, gdy znajdzie się nowy X.Y.

środa, 2 czerwca 2010

Pierwszy i ostatni raz

- Powinieneś się spotykać tylko z kimś z olbrzymią siłą psychiczną by Cię okiełznać.
- Nie wiem o czym mówisz - zaśmiałem się lekko, chociaż doskonale wiedziałem o czym mówi, przecież każdego przed tym ostrzegałem.
- Oj wiesz o czym mówię - jakby odgadł.
- Tak, wiem, wiem. Ale przecież każdemu to mówię, jeśli tylko czegoś od mojej osoby chce. Lubię panować nad każdym, ale czekam czy zjawi się ktoś kto będzie umiał zapanować nad mną. Albo po prostu przy kim będę mógł odsapnąć, bo będziemy tak skrajnie kompatybilni.
- Czyli jednak myślisz poważnie o relacjach z innymi? A to Ci!
- Zakładam, że zawsze się to może zdarzyć.

- Nie znam Cię długo, ale polubiłem Cię na swój sposób. Tylko ta twoja nieznosząca sprzeciwu...
- Oj, to nic takiego. Po prostu chciałbym żeby wszyscy myśleli tak jak ja - wzruszyłem cynicznie ramionami, śmiejąc się pod nosem.

Można by z Tobą dyskutować o tym godzinami - powiedział, dopinając guzik w koszuli.

Czas było odprowadzić go do drzwi i położyć się spać. Dobijała już przecież 5 rano, a ja obiecałem sobie wstać następnego dnia nieco wcześniej niż zwykle. To był ostatni raz kiedy go widziałem. I pierwszy zarazem.

środa, 12 maja 2010

Mam na imię Grzesio, jestem modelem

Cześć,
Mam na imię Grzesio, jestem modelem.
Mam fajną cerę, miłe kości policzkowe. Lepszą niż Ty, znaczy się.
Powiedzmy sobie szczerze, jestem lepszy od Was. I umiem wysoko podnosić głowę w tłumie.
Poza tym wcale nie jestem głupi, mam maturę!

Ok, stereotypy niby nie są fajne. Bo można nim kogoś obrazić, bo nie są jednak regułą.

Myślałeś kiedyś jak fajnie być modelem, wyróżniać się urodą z tłumu i być podziwianym? A może w skrycie zazdrościłeś, że nigdy taki ładny nie będziesz i zostaje Ci tylko przeciętność?

Ten blog to nie prasówka. Ale tym razem odeślę Was gdzie indziej i polecę do przeczytania fragment "Polityki". O TUTAJ ( http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1505184,1,dola-modela.read ).

wtorek, 11 maja 2010

Prawie 25

Nie da się ukryć, jeszcze tylko kilka dni zostało nim nastanie 25 lat na mym kalendarzu.

Czy Wy wiecie, że niektórzy heteroseksualiści mają już w tym wieku rodziny? Posiadają męża / żonę. Spłodzili małe dzieci, swoich potomków nad którymi muszę sprawować opiekę. Zastanawiają się nad funduszami emerytalnymi i polisami na życie. Planują życie razem. Boją się o wspólne mieszkanie. Wybierają meble w Ikei.

Boże. Ale ja im współczuje!

niedziela, 9 maja 2010

A jak Alternatywka

Wiecie kto to taki "Alternatywka"? To chłopiec który stara się wyróżnić z głównego nurtu. Muzyki, clubingu, ubierania, używek czy czegokolwiek innego.

Nie słucha więc Popu, ale Elektro. Nie chodzi do Capitolu i Utopi, ale Saturatora i Kamyczków. Niestety, w gruncie rzeczy staje się jak wyjazd na Heineken Open'er. Jesteśmy oryginalni, alternatywni, indie i w niepowtarzalnych zerówkach na nosie. Jak 50.000 pozostałych festiwalowiczów.

Nie przeszkadza mi cudza odmienność gustów. Przeszkadza mi cudze przeświadczenie o swojej wyjątkowości i patrzenie z góry na innych. Słucham rano Madonny. A wieczorem Kylie. Nudzę się przy Elektro. I dobrze mi z tym.

Zatem, droga Alternatywko. Jesteś tak samo przegiętą i chcącą się podobać innym ciotom, niezależnie do jakiego klubu chodzisz w sobotę.

ps. drogie MGMT! Jak mogliście zrobić tak beznadziejną nową płytę, po tak dobrej pierwszej?

sobota, 3 kwietnia 2010

Kolejne święta z rzędu, pierwsze święta w Warszawie

Ostatnio okres świątecznej absencji minął zdumiewająco szybko. Ledwo się zorientowałem, dopiłem trunki sprezentowane mi na Boże N. do końca, a już następne święta.

"Nie będzie mnie w święta w domu. Wiesz, że nie lubię takich zjazdów, gdy muszę udawać kogoś kim nie jestem. Jak poinformujesz rodzinę, że masz syna pedała to pomyślimy ;) "

Te święta jednak są dość nudne. Mało komercyjne, więc prawie jakby ich na ulicach nie było. Wódki od rodzinny za przyjazd też nie dostanę, a podróż za jajko mnie jakoś mało pociąga. Jedyne co łączy je z Bożym N. to tłumy Prawdziwych Polskich Katolików tłoczących się w każdym pociągu, jakby podróż akurat w ten weekend była warta większej sprawy.

Tak, postanowiłem spędzić te święta poza domem rodzinnym. Dokładnie to spędzić je w moim Kabackim mieszkanku. Czy miałem jakiś bardzo silny powód ku temu? Nie. Raczej pretekst. Nie lubię rodzinnych obiadów, tłoków w pociągu, innych bzdetów. W domu rodzinnym nawet nie święci się "jajeczek". Ot, ustawowy rodzinny obiad, któremu mówię NIE. Ale nie jestem draniem, odrobię moją nieobecność.

Warszawa przypomina miasto z godziną policyjną. Wszyscy Prawdziwi Warszawiacy wrócili do siebie do domu do Radomia, Lublina i innych tego typu. Pustki. Przyjemne pustki. Czy kiedy indziej można znaleźć miejsce siedzące w piątek o 16, w autobusie jadącym spod G. Mokotów do Metra?

A właśnie, jeśli znacie jakiegoś wykluczonego rodzinnie gejka, który nie jedzie do rodzinnego domu, możecie go wysłać do mnie. Upieczemy razem... e... zaraz, co się piecze na Wielkanoc?

czwartek, 1 kwietnia 2010

Coming Out'y

Jeśli powęszyć w poszukiwaniu najczęściej obracanych tematów na portalach dla gejów, oraz jeśli zapytać losowo wybraną grupę o ważne wydarzenia w ich życiu, na jeden z pierwszych planów wysunie się Coming Out. Na nasze, piękno polszczyźniane, przełożone jako Wyjście z Szafy. Nie mniej, nie więcej to ogłoszenie światu, że nie jest się do końca hetero, nie interesują nas, niestety, piczki ale peniski. Oczywiście nie chodzi tutaj o powiedzenie o sobie w środowisku którym się obracamy na codzień. Je bowiem wybieramy samodzielnie, więc i ono autoakceptuje nas. Nie trzeba się do niczego przyznawać, bo pewne rzeczy są oczywiste. Coming Out to dostarczenie informacji o sobie komuś kto nie do końca musi być tego świadomy, a na kogo jesteśmy w pewien sposób skazani. W naszej rzeczywistości największy nacisk na Coming Out kładzie się na powiedzenie o sobie najbliższej rodzinie.

Nie przykładałem do tego osobiście ogromnej wagi i nie uważam za niesamowite oraz arcyważne wydarzenie. To jednak nie jest regułom. Są tacy którzy dokładnie pamiętają datę tego wydarzenia, są tacy którzy nadal się tego boją i przekładają w nieskończoność. Znam przykłady dramatów które z tego wyrosły. Znienawidzenia kochanych wcześniej dzieci, wykluczenia z życia rodzinnego, a nawet domowej przemocy i wyrzucania z domu. Znam i przykłady gdy wszystko było wspaniale i podręcznikowo, a rodzice zapewniali swoją pociechę, że powinna być tym kim chce. Są i przykłady gdy osoby stawiające się w postaci autorytetów tłumaczą innym, że trzeba być jawnym i dumnym z siebie, po czym okazuje się, że w rodzinnych domach nie do końca wszystko o nich wiedzą. Wszystko to pokazuje jednak, że to wcale nie taka prosta sprawa.

Nigdy też nie zamierzałem robić z tego wielkiego wydarzenia. Nadmierna teatralizacja, czy podkreślanie tego faktu były dla mnie czymś absolutnie zbędnym. A hasło "mamo, mam Ci coś do powiedzenia" było by dla mnie wręcz policzkiem dla dość inteligentnych relacji panujących w domu.

Rzecz wypadła więc całkowitym przypadkiem. Mój były partner, nazwijmy go "B.", miał swojego czasu pewne problemy. Ja, w poczuciu obowiązku starałem się mu pomóc. Do pomocy jednak była potrzebna moja rodzicielka...

Przyszedł jednak i czas wyjaśnień. A właściwie te wyjaśnienia miałby być dla mnie dobrym momentem by z siebie to zrzucić.

Wspólny, kilkudaniowy, obiad w dobrej restauracji jest po części scenerią teatralną do wyznań. Zwłaszcza między kilkoma łykami wina. Ale nie tak to miało wyglądać. Zacząłem więc bardzo standardowo, opowiadając jak sprawa B. się potoczyła dalej. Lekko załamałem głos, by zaatakować.

- Wiesz, bo właściwie nie interesowałem się sprawą B. tak przypadkiem. Najzwyczajniej w świecie, kiedyś się z nim spotykałem przez jakiś czas... - powiedziałem jednym szybkim zdaniem, czekając z ciekawością na reakcję.

- Hm... A kto z kim zerwał? - odpowiedziała moja rodzicielka, nie przerywając nawet na chwilę nawijania makaronu na widelec

Wiedziała, oczywiście. Matki takie rzeczy wiedzą i nie czekają aż im się to uświadomi jak na zbawienie. Bo i po co? W moim przypadku to tylko kilka dodatkowych tematów do rozmowy gdy wracam do domu. Zwłaszcza na temat tego, kiedy wreszcie przedstawię odpowiadającego jej partnera...

wtorek, 9 marca 2010

Melancholizm i Pryncypializm

Być może nie każdy wie jaka jest etymologia słowa "gej". Oczywiście to kalka "gay". Razem z wychodzeniem na prostą i walką o pozytywne postrzeganie anglojęzyczni pederaści stworzyli też nowe, nacechowane pozytywnie, określenia. Tak więc słowo "gay", niegdyś oznaczające (za wiki) tyle co "carefree", "happy", "bright and showy" stało się określeniem homoseksualisty. Ot tak, pozytywnie i poprawnie politycznie. Do rzeczy jednak. Jakby nie patrzeć "gay" oznacza więc mniej więcej tyle co "wesołek" czy "szczęśliwiec".

Jakby na to nie patrzeć, określenie "wesołek" jest jednym z najbardziej trafnych określeń jako mogło się nam trafić. Jest bowiem szczególnie ironiczne, lekko zawadiackie. Najlepsze bowiem, że idealnie pasuje, bowiem geje to właśnie takie wesołki.
Mistrzowie w pokazywaniu na zewnątrz jak bardzo fajnie jest, jak beztrosko się nam żyje i ile szczęścia dostarcza każdy dzień i każda szalona impreza. Jak bardzo mamy wszystko w dupie, a problemy są gdzieś tam daleko.

Oczywiście każdy ma problemów znacznie więcej niż przeciętny obywatel. Wielu żyje w ciągłej melancholii, bojąc się przyszłości i marząc o czymś innym niż akurat mają. Te standardowe problemy, jak samotność, wieczna niestałość relacji międzyludzkich, potrzeba związku, liczne zdrady i cały katalog tym podobnych. Te mniej standardowe, jak rodzice którzy Cię nienawidzą, chory, niekoniecznie na grypę, przyjaciel. Najbardziej rozsądni uświadamiają sobie, że będą na starość i tak sami, bez rodziny (bo i skąd?), pewnie bez partnera, czując się w swoim ciele nieatrakcyjnym i nadal patrząc z potęskniwaniem na nastolatków.

Wesołość na pewno nie wynika z solidarności grupowej, czy poczucia wspólnoty. Tej najczęściej nie ma. To takie życie jak darkroom, nigdy nie wiesz kto i z której strony Cię wydyma.

Jeśli poznalibyście mnie jakieś 5 lat temu i ja bym był takim "wesołkiem". Nieco później nauczyłem się stwarzać barierę ochronną w koło siebie. I odkryłem, że bycie chociażby dupkiem może być świetnym mechanizmem ochronnym.

Sam zastanawiam się ostatnio jak to się dzieje, że nie popadłem przez ostatnie miesiące i lata w stuprocentowy alkoholizm, imprezoholizm, czy też nie zacząłem poprawiać sobie humoru i tętna wszelkimi dostępnymi środkami chemicznymi na które przecież całkiem mnie stać.
Wszystko to oczywiście zawdzięczam wrodzonemu i wpojonemu przez dom rodzinny pryncypializmowi i drylowi. Każda rzecz nielegalna lub wątpliwa moralnie jest tutaj naganna. I tyle. Dryl wyprał mnie z emocji, a bezwzględność ułatwia życie.

Zatem, skoro nie jest zbyt fajnie, właściwie skąd z nas takie "wesołki"?

Trzymajcie się ciepło, oby do wiosny! :)

czwartek, 4 lutego 2010

Pokolenia i ich różnica

To było jedno z wielu zimnych i śnieżnych styczniowych popołudni. Odprowadzałem znajomego 16 letniego homoseksualiste na przystanek tramwajowy (po spotkaniu czysto towarzyskim, co by ukrócić wasze komentarze!). - Nie zimno Ci w uszy? - zapytałem, widząc, że mimo przeraźliwej pogody nie ma czapki na swojej blond grzywce. - Czapki są głupie! - odparł.

Uśmiechnąłem się szeroko. Poczułem się jak własna mama, tłumacząca, że czapki należy nosić. I wysłuchująca narzekań dzieciaczka, że czapki przecież takie nie fajne...
Zmierzyłem go wzrokiem. Mimo, że 16 latek on i 16 latek ja byliśmy w kilku kwestiach tak podobni, w większości byliśmy jednak tak różni. Jego buty od Zary, skórzana torba, płaszczyk i kubek od Starbucksa nie chciały zacierać tych różnic.

Podczas gdy dzisiejsze 16 latki zajmują się degustowaniem swoich rówieśników, mi w tym wieku pozostawały co najwyżej hetero miłostki. Będąc wyrośniętym 15 latkiem dowiadywałem się jak wygląda chłopięcy penis ze Świata Wiedzy, a nie Xtube. Zamiast nosić obcisłe rurki, nosiłem zwisające sweterki.

Przyczyn obecnych różnic jest mnóstwo. Nie mam ochoty ich wymieniać czy nawet układać w kategorie. Daleko mi do pisanie elaboratów naukowych, które wymienią alfabetycznie owe przyczyny. Aczkolwiek, jeśli ktoś będzie chciał pisać o różnicach między 16 i 26 latkami z chęcią mogę wypowiadać się jako specjalista ;)

W większości zresztą można je zawrzeć w jednym słowie - postęp. Kilka absolutnie luźnych spostrzeżeń, które dotyczyły mnie personalnie.

1. Fellow. Gdzie mogłem poznawać inne ciotki gdy miałem 16 lat? No właśnie. Pomysłów niewiele. Dziś podane wszystko na tacy. Oczywiście w formie pszenno - buraczaniej coraz bardziej, ale jednak na tacy. Kto jeszcze pamięta gdy poczciwe Fellow nazywało się GayRomeo.PL? (update: zostało mi zauważone, że portal nazywał sie "gaydar" - redakcja)

2. Utopia i inne tego typu. Jedni to miejsce uwielbiają, inni nienawidzą, jeszcze inni po prostu chodzą czasem się pobawić. Całkiem niedawno obchodziło 8 urodziny, zaliczyło kolejne newsy na portalach plotkarskich, a swojego czasu zaliczało i na Wyboreczej. Co było przed? Konspiracyjne meliny, do których (wnioskując z opisu dzisiejszych 30 latków, też już nieco innego pokolenia niż ja sam) przychodziło się z duszą na ramieniu. Nagle okazało się, że bawienie się z gejami może być nie tylko spokojne i z klasą, ale i modne.

3. Rureczki. Czyli ogólny dress code. Ile razy idąc Chmielną wołamy w myślach (albo i nie, jeśli jesteśmy bardziej wyzwoleni) "o, ciota!". Nie przypominam sobie by jeszcze 10 lat temu to jak się ubieramy i jak wyglądamy stanowiło tak jasny element identyfikacji wizualnej. Tak, identyfikacja wizualna to jedna z rzeczy która kocham.

4. Kultura i wszechobecność. Bogu dzięki za to, że wszędzie nas pełno. W Vivie lecą programy o randkujacych gejach, w teatrach w co trzecim spektaklu jest chociaż lekkie nawiązanie, a Piróga nikt nie bije na ulicy. Młodzież dzięki temu co ją otacza stała się bardziej samoświadoma niż kiedykolwiek wcześniej.

Stojąc obok 16 latka nie raz pojawia się myśl, że fajnie by bylo znowu być młodym. Mając 24 lata przegapiło się nieco z tego co mają dzisiejsze nastolatki. Było po prostu inaczej. Później. Wolniej. Ale, zaraz... Cholera, czy ja nie jestem już młody?

czwartek, 14 stycznia 2010

Jak przetrwać godnie zimę?

Dziś nieco oderwania od standardowych arcypoważnych tematów.

Ale, zaraz. Przecież zima panująca za oknem jest bardzo ważnym tematem! Tak, kto inny jak geje poświęca tyle życiowej uwagi na własny styl, grację, zdrowie i urodę.

Mnie zastanawia jak można ją (zimę, przyp. red.) przeżyć z godnością i klasa. Sytuacja bowiem ma się tak. Mamy wspaniałe, firmowe kozaczki, ale jak się w nich utrzymać w 50cm zaspach?
Jak zachować klasę i grację balansując na skutej lodem Marszałkowskiej, w jednej ręce trzymając zakupy w płócianej torbie, a w drugiej gorącą Latte?
Jaką katastrofą towarzyską może się zakończyć to, że schody w ulubionym klubie są śliskie niczym wysmarowane olejem roślinnym pierwszego tłoczenia, a nawet nasz dwurzędowy płaszcz okalany pasem ze srebrną szlufką nie zamortyzuje upadku na cztery litery?

Reasumując, Zimno Spierdalaj!

ps Obiecuje, że następny wpis będzie już poważny.

sobota, 2 stycznia 2010

Zmiany (niekoniecznie noworoczne).

Nie lubię tak zwanych postanowień noworocznych. Jeśli chcemy coś w swoim życiu zmienić, nie potrzeba nam okrągłych dat i wielkich postanowień. Potrzebna nam tylko chęci. Zmiany wymuszone presją daty są dla tych którzy i tak ich zapewne nie dotrzymają.

Korzystając jednak z atmosfery ogólnych zmian i postanowień, mogę opowiedzieć o tym co zmieniło się u mnie ostatnio. A czego świadomość w pełni przypieczętowałem właśnie na przełomie dekady.

Każda ciota ma moment gdy pragnie być przebojowa. Popular, jak to ładnie amerykanie określają. I ja miałem długo ten okres. Wchodzi się zatem w relacje z innymi osobami które są "popular", by odpowiednio nakreślić się towarzysko. Nazwijmy to syndromem "chce znać każdego fajnego". Istotnym problemem jest jednak to, że taki dobór oznacza minimalne powiązanie. Ile można bowiem rozmawiać o koncertach Madonny, albo plotkować o partnerach seksualnych kogoś tam.

Problem pojawia się, gdy zaczyna to irytować. Jeśli ktoś jest cholerykiem jak ja, zaczyna to go irytować jeszcze bardziej. Brak powiązań intelektualnych zaczyna sprawiać, że tracę dla innych szacunek i cierpliwość. Oczywiście działa to obustronnie, oni tracą cierpliwość do mnie, irytacja i niechęć staje się obustronna. A gdy się kogoś nie rozumie, najlepiej go przecież "znielubić".

Kończy się to, mówiąc opisowo, że siedzę komentując przewracającymi oczyma pospolite rozrywki i zachowania znajomych. Zyskując przy tym etykietkę chama i buca, a jak wiadomo jestem po prostu cynicznym cholerykiem (nie mylimy pojęć! ;p ).

Ostatnio powoli otaczają mnie nieco inni. O ile otaczają to dobre określenie, nigdy nie byłem nadmiernie towarzyski i wchodzący w bliższe relacje. Na pewno jednak spędzam więcej czasu z tymi którzy są tego warci, a nie z tymi z którymi się powinno. I do których nie muszę się dostosowywać, bo ich nastoletnie główki nie rozumieją tego, że rzeczywistość może być odbierana inaczej niż ich oczyma, a bycie "fajnym" może mieć całkiem sporo aspektów.

Zmiana doboru towarzystwa przekłada się w bardzo dużej mierze na codzienność. 24 godziny dziennie to nie wiele, by spotkać się z każdym z kim można, trzeba dokonywać zgrabnej selekcji, a czym ona jest jak nie decyzja o codzienności.

Dobrze mi z tym. Nie żałuję też ostatnio, jak nigdy do tej pory, absolutnie niczego.

Ciepłego i udanego 2010, samych mądrych wyborów :)