To był okropnie deszczowy, grudniowy dzień. Zimno i wilgoć przenikała się każdym zakamarkiem do ciała, gładząc sobą policzki i niezakryte fragmenty uszu. Czekając na autobus linii 35 poprawiłem swoją puchatą czapkę, owinąłem się dokładnie pasem od płaszcza i sprawdziłem osobno jakość zapięcia każdego z guzików mojej dwurzędówki.
Zimno 24ego dnia grudnia mieszało się z chłodem tego miasta, nie wynikającym w żaden sposób z warunków atmosferycznych. Tak przygotowany wsiadłem do długo oczekiwanego autobusu, by pokonać trasę którą niegdyś przemierzałem niemal dzień w dzień. W podróży towarzyszyły mi tubylcze dziewczyny, cicho rechotające pod nosem o mojej czapce, rurkach i nieporadności w kasowaniu biletu.
Wysiadłem na ulicy Warszawskiej. Powoli przemierzając miasto, rozglądałem się uważnie na boki. Tutaj mieszkał on. Tutaj zaś kiedyś się z nim spotkałem. Tutaj gładziłem innego po włosach. Stąd zawsze się żegnałem, wracając do rodzinnego domu. Tu zawsze piłem z kielczanami kawę, gdy tylko udało mi się wyrwać na prowincję.
Wszedłem jeszcze po alkohol do ulubionych delikatesów, zahaczyłem o wieczną drogerię w "Puchatku" i ulubiony sklep z ciuchami na wagę koło dworca kolejowego.
Jak wiele wspomnień i jeszcze więcej ważnych dla mnie ludzi jest powiązane z tym miastem. Z iloma połączyło mnie właśnie ono. Jakże to dziwne, biorąc pod uwagę, że od tylu lat jestem tu tak rzadkim gościem...
Notatnik chłopaka, mężczyzny, 25+, warszawiaka (acz nie od urodzenia), cynika, homoseksualisty, wiecznego singla, pracownika umysłowego, humanisty, niestabilnego emocjonalnie, wrednego, aspirującego, czasem bełkotliwego. Niegdyś "Warszafka Homoseksualna", dziś tylko Warszafka. Warszawa to bowiem stan umysłu, nie miejsce urodzenia.
sobota, 26 grudnia 2009
Rok temu o tej porze.
Właściwie nie pamiętam co dokładnie robiłem...
Mieszają mi się nieco lata, daty i wydarzenia. Być może przez skrajne podobieństwo każdych świąt do siebie, być może przez ogólnie panującą nudę i marazm.
Wiem tylko, że przez jakieś dwa ostatnie lata planowałem co święta (dowolne) sprowadzić do domu i rodziny kogoś ze sobą, jako osoby towarzyszącej. Niestety nie całkiem się to udawało. Brak chęci, brak okazji lub brak chętnego. Wszystko to powodowało, że akurat tego dnia było z tym nie po drodze.
Może za rok?
Mieszają mi się nieco lata, daty i wydarzenia. Być może przez skrajne podobieństwo każdych świąt do siebie, być może przez ogólnie panującą nudę i marazm.
Wiem tylko, że przez jakieś dwa ostatnie lata planowałem co święta (dowolne) sprowadzić do domu i rodziny kogoś ze sobą, jako osoby towarzyszącej. Niestety nie całkiem się to udawało. Brak chęci, brak okazji lub brak chętnego. Wszystko to powodowało, że akurat tego dnia było z tym nie po drodze.
Może za rok?
Subskrybuj:
Posty (Atom)