Po całonocnej, sobotniej udanej zabawie w klubie dla zblazowanych, nielubiących się nawzajem ciot zostałem całkiem sam. O ile towarzystwo wszelakie pomaga ukoić mi nerwy i większość problemów, samotnie potrafię wybuchnąć w 30 sekund.
Wracałem metrem z łzami w oczach, przez całe 16 minut i 30 sekund trasy. Chcę płakać, chcę wyć, powtarzałem sobie w myślach. Co za głupota. Rzecz która powinna przyprawić mnie o radość i szczęście (w ramach tak zwanego świętego spokoju) doprowadziła mnie do łez i smutku.
Racjonalnie oceniwszy z perspektywą czasu moje problemy, jak zawsze doszedłem do wniosku, że nie chodzi o nikogo innego poza mną samym. Ale to nie miejsce na wypluwanie wniosków, totalnym ekshibicjonistą mimo faktu posiadania bloga stawać się nie zamierzam.
Gdańsk, kurwa.
Zauważyłem także, że co najmniej trzy osoby które trafiło nieszczęście zadurzenia się w mojej osobie, posiadały na ścianach domowych plakaty filmowe 'Ta, Jy i Wszyscy których znamy'. Doprawdy nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tego zjawiska. Może po prostu przyciągam określony typ ludzi? Aż taką niszą jestem?