Ciężko, niestety, ignorować to co się dzieje w koło.
Świąteczne zakupy, świąteczne kawusie, świąteczne prezenty, świąteczne korki, tłoki, kolejki, świąteczne spotkania klubowe. Tak, wszystko kręci się w koło jednego.
Powiedzmy sobie wprost - nie lubię świąt. Nie trawie, nie znoszę. Zwłaszcza, że zmuszony duchem konsumpcji i kapitalizmu mam je od listopada w każdym sklepie i sklepiku. Doświadczam radości przedświątecznych przygotowań w awanturach przy kasie (pani tu nie stała!), ludzkiej dobroci u kierowców zamykających drzwi przed pasażerami gdy na zewnątrz -18.
Nie lubię także powrotów do domu. To hipokryzja, że wszyscy czują potrzebę spotkania się akurat w tym momencie. Mimo, że moja rodzina z religijnością jest na bakier. To bardziej ich wewnętrzna potrzeba rytuałów społecznych. Nie lubię rodzinnych, wymuszanych rozmów na podobne od 24 lat tematy.
Możliwe jednak, że to także hipokryzja z mojej strony. Moja rodzina jest dość przyjazna. Nie wypytuje kiedy będę miał dziewczynę, bo wiedzą, że to nie nastąpi. Nie krytykują mnie, bo nie mają za co. Tych dalszych to po prostu nie obchodzi. Do tego w tym roku spotkanie będzie w bardzo, ale to bardzo małym gronie. Moja rodzicielka od paru lat nie stawia nawet zdechłego krzewa w mieszkaniu ("bo i po co"), ma to równie w poważaniu jak i ja.
Do takich warunków zatem nie chce jechać. Co jednak mają powiedzieć Ci którzy zostali wykluczeni przez swoje rodziny, są przez nie niemile widziane. Chcą ich unikać lub jadą z trwogą o to, że znowu będą musieli udawać, że spotykają się z Kasią.
Najchętniej wpadł bym na wigilię dla wszystkich wykluczonych ciotek, mających drgawki na myśl spotkania w szerokim gronie rodzinnym. Tylko czy bym tam do końca pasował?
Trzymajcie się ciepło :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz