To był okropnie deszczowy, grudniowy dzień. Zimno i wilgoć przenikała się każdym zakamarkiem do ciała, gładząc sobą policzki i niezakryte fragmenty uszu. Czekając na autobus linii 35 poprawiłem swoją puchatą czapkę, owinąłem się dokładnie pasem od płaszcza i sprawdziłem osobno jakość zapięcia każdego z guzików mojej dwurzędówki.
Zimno 24ego dnia grudnia mieszało się z chłodem tego miasta, nie wynikającym w żaden sposób z warunków atmosferycznych. Tak przygotowany wsiadłem do długo oczekiwanego autobusu, by pokonać trasę którą niegdyś przemierzałem niemal dzień w dzień. W podróży towarzyszyły mi tubylcze dziewczyny, cicho rechotające pod nosem o mojej czapce, rurkach i nieporadności w kasowaniu biletu.
Wysiadłem na ulicy Warszawskiej. Powoli przemierzając miasto, rozglądałem się uważnie na boki. Tutaj mieszkał on. Tutaj zaś kiedyś się z nim spotkałem. Tutaj gładziłem innego po włosach. Stąd zawsze się żegnałem, wracając do rodzinnego domu. Tu zawsze piłem z kielczanami kawę, gdy tylko udało mi się wyrwać na prowincję.
Wszedłem jeszcze po alkohol do ulubionych delikatesów, zahaczyłem o wieczną drogerię w "Puchatku" i ulubiony sklep z ciuchami na wagę koło dworca kolejowego.
Jak wiele wspomnień i jeszcze więcej ważnych dla mnie ludzi jest powiązane z tym miastem. Z iloma połączyło mnie właśnie ono. Jakże to dziwne, biorąc pod uwagę, że od tylu lat jestem tu tak rzadkim gościem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz