Związek jest stanem nienaturalnym. To wiązanie swobody jednostki systemem reguł, norm i wymagań.
Nawet jeśli czasowo pragniemy tegoż (tak, tak - zdarza się i mi!), ba nawet jeśli jesteśmy w nim szczęśliwi nadal powyższe stwierdzenia są całkowicie prawdziwie. Jedni tracą tą wolność łatwiej. Inni potrzebują kogoś kto jest gotów na prawdziwe wyzwanie w walce o nią.
Co jeszcze równie istotne często relacje są budowane w oparciu o przeszłość.
Najważniejsze w związku jest to, że nie żyje się przeszłością, ale teraźniejszością. Ciekawe są jednak próby sankcjonowania takich związków. Związki partnerskie i inne tego typu. Jestem przeciw bardziej niż nie jeden prawicowy oszołom.
Wyobraźnia buduje mi bowiem setki wizji w stylu "nie kochasz mnie? czemu nie chcesz ze mną ślubu, przecież jesteśmy już razem 3 miesiące?". Przykład. Moja rodzicielka bardziej wybrzydza co do konkretnych personalnych wyborów moich partnerów, niż na płeć tychże. Wyobrażam sobie natomiast, że razem z przejściem formalnych związków gejowskich w stan nie budzący zdziwienia, kiedyś mógł by przyjść czas gdy rzuciła by hasłem "ustatkuj się, znajdz mężczyznę, załóż dom". A tak? Ten problem absolutnie nie istnieje.
Co najbardziej zaciętym oszołomom (nazwać tego inaczej nie można) marzy się nawet adopcja dzieci. Pierdolić, że to woda na młyn dla każdego konserwatywnego. Bardziej boje się odpowiedzi na pytanie: po co gejowi dziecko? Jak można DOBROWOLNIE pragnąć tej Pirani. Szarańczy. Śmierdzącego, hałasującego skarania bożego?
Cieszmy się raczej, że chłopiec mi nie zajdzie (nie ważne jak intensywnie bym się starał!). Brak możliwości zaliczenia tz. wpadki to jedna z najwspanialszych rzeczy w byciu gejem. Brak sformalizowanych związków to druga rzecz w kolejności.
Jeśli przeczytam to za 10 lat i uznam, że nie miałem racji w myśl "boże jak można nie kochać dzieci" uznam to za największą personalną porażkę.