środa, 30 grudnia 2009

Sylwester to ja mam w dupie.

Sprawa wygląda tak. Mamy październik. Zaczynają się nieśmiałe pytania "co robisz w Sylwestra". Mamy listopad. Tutaj czas na planowania i ogłaszanie. Grudzień to już okres panikowania "bo nie wiem gdzie a inni wiedzą".

Jak to widzę? To takie wydarzenie wypromowane przez wszystkich brzydkich, nudnych i starych którzy nie mają życia imprezowego. To jedyna noc kiedy faktycznie "mogą się zabawić", zwłaszcza iż następny dzień wolny (dla tych mało bawiących się kac jest wydarzeniem nadzwyczajnym). Pytanie jednak czemu ta presja przechodzi na innych? Tych którzy bawią się co tydzień, w piątki, w soboty. I muszą się doszukiwać w tej imprezie wyjątkowości (najebiemy się wyjątkowo PRZED północą?).

Poza tym pamiętajcie. Wszyscy będzie od jutra rocznikowo starsi. A starość dla każdego geja to najstraszniejsza rzecz na świecie :)

Kochani. Pijcie, ruchajcie się, ćpajcie jak potrzebujecie. Ale co weekend. Nie tylko w ten.

sobota, 26 grudnia 2009

Kielce.

To był okropnie deszczowy, grudniowy dzień. Zimno i wilgoć przenikała się każdym zakamarkiem do ciała, gładząc sobą policzki i niezakryte fragmenty uszu. Czekając na autobus linii 35 poprawiłem swoją puchatą czapkę, owinąłem się dokładnie pasem od płaszcza i sprawdziłem osobno jakość zapięcia każdego z guzików mojej dwurzędówki.

Zimno 24ego dnia grudnia mieszało się z chłodem tego miasta, nie wynikającym w żaden sposób z warunków atmosferycznych. Tak przygotowany wsiadłem do długo oczekiwanego autobusu, by pokonać trasę którą niegdyś przemierzałem niemal dzień w dzień. W podróży towarzyszyły mi tubylcze dziewczyny, cicho rechotające pod nosem o mojej czapce, rurkach i nieporadności w kasowaniu biletu.

Wysiadłem na ulicy Warszawskiej. Powoli przemierzając miasto, rozglądałem się uważnie na boki. Tutaj mieszkał on. Tutaj zaś kiedyś się z nim spotkałem. Tutaj gładziłem innego po włosach. Stąd zawsze się żegnałem, wracając do rodzinnego domu. Tu zawsze piłem z kielczanami kawę, gdy tylko udało mi się wyrwać na prowincję.

Wszedłem jeszcze po alkohol do ulubionych delikatesów, zahaczyłem o wieczną drogerię w "Puchatku" i ulubiony sklep z ciuchami na wagę koło dworca kolejowego.

Jak wiele wspomnień i jeszcze więcej ważnych dla mnie ludzi jest powiązane z tym miastem. Z iloma połączyło mnie właśnie ono. Jakże to dziwne, biorąc pod uwagę, że od tylu lat jestem tu tak rzadkim gościem...

Rok temu o tej porze.

Właściwie nie pamiętam co dokładnie robiłem...

Mieszają mi się nieco lata, daty i wydarzenia. Być może przez skrajne podobieństwo każdych świąt do siebie, być może przez ogólnie panującą nudę i marazm.

Wiem tylko, że przez jakieś dwa ostatnie lata planowałem co święta (dowolne) sprowadzić do domu i rodziny kogoś ze sobą, jako osoby towarzyszącej. Niestety nie całkiem się to udawało. Brak chęci, brak okazji lub brak chętnego. Wszystko to powodowało, że akurat tego dnia było z tym nie po drodze.

Może za rok?

środa, 23 grudnia 2009

Święta

Ciężko, niestety, ignorować to co się dzieje w koło.

Świąteczne zakupy, świąteczne kawusie, świąteczne prezenty, świąteczne korki, tłoki, kolejki, świąteczne spotkania klubowe. Tak, wszystko kręci się w koło jednego.

Powiedzmy sobie wprost - nie lubię świąt. Nie trawie, nie znoszę. Zwłaszcza, że zmuszony duchem konsumpcji i kapitalizmu mam je od listopada w każdym sklepie i sklepiku. Doświadczam radości przedświątecznych przygotowań w awanturach przy kasie (pani tu nie stała!), ludzkiej dobroci u kierowców zamykających drzwi przed pasażerami gdy na zewnątrz -18.

Nie lubię także powrotów do domu. To hipokryzja, że wszyscy czują potrzebę spotkania się akurat w tym momencie. Mimo, że moja rodzina z religijnością jest na bakier. To bardziej ich wewnętrzna potrzeba rytuałów społecznych. Nie lubię rodzinnych, wymuszanych rozmów na podobne od 24 lat tematy.

Możliwe jednak, że to także hipokryzja z mojej strony. Moja rodzina jest dość przyjazna. Nie wypytuje kiedy będę miał dziewczynę, bo wiedzą, że to nie nastąpi. Nie krytykują mnie, bo nie mają za co. Tych dalszych to po prostu nie obchodzi. Do tego w tym roku spotkanie będzie w bardzo, ale to bardzo małym gronie. Moja rodzicielka od paru lat nie stawia nawet zdechłego krzewa w mieszkaniu ("bo i po co"), ma to równie w poważaniu jak i ja.

Do takich warunków zatem nie chce jechać. Co jednak mają powiedzieć Ci którzy zostali wykluczeni przez swoje rodziny, są przez nie niemile widziane. Chcą ich unikać lub jadą z trwogą o to, że znowu będą musieli udawać, że spotykają się z Kasią.

Najchętniej wpadł bym na wigilię dla wszystkich wykluczonych ciotek, mających drgawki na myśl spotkania w szerokim gronie rodzinnym. Tylko czy bym tam do końca pasował?

Trzymajcie się ciepło :)

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Jesteś strasznym draniem (od kiedy dałeś mi kosza)!

Istnieją osoby, które mają na Twój temat do powiedzenia same okropne rzeczy. Listę wiązanek, wyrzutów, okropieństw jakie wyrządziłeś światu, przestępstw za które powinieneś być sądzonym. Odwracają wzrok w klubie i robią zdegustowane mini gdy Ciebie widzą.

Jednakże, dla tych samych osób, niegdyś byłeś wspaniały. A w planach mogłeś być i idealny. Wszystko to jednak było PRZED tym jak dałeś im szybkiego kosza. Teraz jesteś tylko złem wrodzonym, mimo iż niewiele się zmieniłeś.

Ciekawe kto ma większy problem. Niezmieniający się Ty, czy zmieniające się poglądy innych na to co niegdyś nie przeszkadzało.

Też tak czasem macie?

czwartek, 10 grudnia 2009

Rewers

Jakiś czas temu zaliczyłem "Rewers" (film fabularny produkcji polskiej, od lat 15).

W końcowej scenie syneczek głównej bohaterki (Buzkowej, co by nie było) nawiedza dom rodzinny ze swoim partnerem (chłopem, jakby nie patrzeć). Tutaj zastanawia mnie skąd taki nagły akcent gejowski w polskiej produkcji. Odpowiedzi które nasuwają się mi jest kilka.

A. Czysty przypadek, w końcu w jakiś 5% filmów tak właśnie być powinno.

B. Próba podlizania się liberalnej i postępowej publiczności. W końcu "tak modnie" teraz, o homoseksualistach itp.

C. Mocne zasugerowanie, że geje to dzieci ojców patologicznych, zepsutych, drani i bestii. Do tego wychowywani przez samotne matki, co kształtuje w nich postawy homoseksualne i pociąg do płci własnej.

Odpowiedz pozostawiam wam. A film polecam, zwłaszcza, że niedługo schodzi z "afisza"!

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Optymizm nasz codzienny

Zostało mi zauważone, że z notek w tymże blogu cieknie pesymizmem.

Nie bardzo to rozumiem. Pragnę bowiem zapewnić, że moje życie nie jest obecnie wielkim kryzysem oraz retrospekcją stetryczałej cioty.

Wręcz odwrotnie. Jest mi całkiem dobrze.
Nie mam większych problemów, spokojnie żyje od pierwszego do pierwszego, na nikogo nie jestem wściekły, za nikim nie chlipię, ani za nikim się nie roztkliwiam. Nikt mnie nie krzywdzi specjalnie, ja nie krzywdzę nikogo.

Radość daje mi nawet dzisiejsza wizyta w Ikei. Nostalgia w idealnie ułożonych kuchniach (rozczulam się zawsze, chcąc taką), klopsiki sztuk 15, darmowa kawa dzięki karcie Ikea Famili (przyznaje, ukradłem ją komuś), Hot - Dog za złotówkę. Czego trzeba więcej?

Codziennie rano dodaje mi zaś energii (kiedyś to było "I feel love"):



PS. Znalazłem we wspomnianej Ikei idealną pozycję (książkową!). "Samotnicy: Przyjemności życia samemu"

niedziela, 6 grudnia 2009

Życie geja jako serial fabularny

Seriale dzielą się na dwie kategorie.

Pierwsze z nich to takie w których akcja toczy się nieprzerwanie całą serią i rozwija z każdym nowym odcinkiem. Nie można przegapić chociaż jednego z nich, bowiem tracimy wątek, nie wiemy co powoduje przyszłe wydarzenia, nie znamy nowych postaci.
Druga kategoria, to taki serial, w którym co odcinek mamy całkiem nowy wątek. Pojawiają się nowi bohaterowie - jednoodcinkowi, nowe wątki. W odcinku następnym znikają oni i ich problemy, pojawiają się co najwyżej czysto epizodycznie. W nowym mamy wszystko od nowa, nowe problemy.

Życie przeciętnego geja przypomina serial tej drugiej kategorii. Nie ma zbyt wiele miejsca na stałość postaci i wydarzeń, wszystko się szybko zmienia. Osoby będące motorem wydarzeń w poprzednim odcinku, w bieżącym znikają już gdzieś w końcowe napisy.

Powoduje to jeszcze jedną trudność. Ciężko czasem wytłumaczyć komuś całą fabułę.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Bycie rozpustną Ciotą nie jest łatwe

Bycie rozpustnym (jak podaje słownik to rozwiązłość, nierząd, lubieżność, wyuzdanie, cudzołóstwo, niemoralność, nieczystość, sprośność, rozpasanie, wyuzdanie; a także: nieumiarkowanie, niepowściągliwość, rozpasanie, swawola, zbytek, nadmiar, przesada) ma mnóstwo wad i problemów.

A takie życie w rozumieniu szanownej per branży (nadmiar trudnego słownictwa dziś!) to już problem gigantyczny.

Nie można bowiem mieć normalnego telefonu komórkowego, bo przecież jak kontaktować się ze światem zewnętrznym! Opisy znajomych nie kończą się na imionach, wymagają opisów które przypomnają z kim waść ma się do czynienia. Zatem mamy Pawła lub Marka <20cm w spodniach>.
Do tego co chwile ktoś informuje świat, że właśnie chciało się go zaliczyć. W końcu każdy czuje na sobie zainteresowanie osoby rozpustnej. Wiadomo, każdy seks zaczyna się od herbaty. Każda herbata kończy się na seksie.
Osoba rozpustna, co zawiera się jej definicji, zmienia partnerów w tempie niezwykłym. Nie ma tutaj miejsca na samotny wieczór. Obowiązki towarzyskie są bowiem priorytetem, obowiązkiem każdego piątku.

Dobrze. NAJGORSZE JEST JEDNAK JEDNO. Są tacy, którzy potrafią uwierzyć w powyższe.

środa, 11 listopada 2009

Związki

Związek jest stanem nienaturalnym. To wiązanie swobody jednostki systemem reguł, norm i wymagań.

Nawet jeśli czasowo pragniemy tegoż (tak, tak - zdarza się i mi!), ba nawet jeśli jesteśmy w nim szczęśliwi nadal powyższe stwierdzenia są całkowicie prawdziwie. Jedni tracą tą wolność łatwiej. Inni potrzebują kogoś kto jest gotów na prawdziwe wyzwanie w walce o nią.

Co jeszcze równie istotne często relacje są budowane w oparciu o przeszłość. Najważniejsze w związku jest to, że nie żyje się przeszłością, ale teraźniejszością.

Ciekawe są jednak próby sankcjonowania takich związków. Związki partnerskie i inne tego typu. Jestem przeciw bardziej niż nie jeden prawicowy oszołom.

Wyobraźnia buduje mi bowiem setki wizji w stylu "nie kochasz mnie? czemu nie chcesz ze mną ślubu, przecież jesteśmy już razem 3 miesiące?". Przykład. Moja rodzicielka bardziej wybrzydza co do konkretnych personalnych wyborów moich partnerów, niż na płeć tychże. Wyobrażam sobie natomiast, że razem z przejściem formalnych związków gejowskich w stan nie budzący zdziwienia, kiedyś mógł by przyjść czas gdy rzuciła by hasłem "ustatkuj się, znajdz mężczyznę, załóż dom". A tak? Ten problem absolutnie nie istnieje.

Co najbardziej zaciętym oszołomom (nazwać tego inaczej nie można) marzy się nawet adopcja dzieci. Pierdolić, że to woda na młyn dla każdego konserwatywnego. Bardziej boje się odpowiedzi na pytanie: po co gejowi dziecko? Jak można DOBROWOLNIE pragnąć tej Pirani. Szarańczy. Śmierdzącego, hałasującego skarania bożego?

Cieszmy się raczej, że chłopiec mi nie zajdzie (nie ważne jak intensywnie bym się starał!). Brak możliwości zaliczenia tz. wpadki to jedna z najwspanialszych rzeczy w byciu gejem. Brak sformalizowanych związków to druga rzecz w kolejności.

Jeśli przeczytam to za 10 lat i uznam, że nie miałem racji w myśl "boże jak można nie kochać dzieci" uznam to za największą personalną porażkę.

wtorek, 20 października 2009

To co powinno cieszyć

Po całonocnej, sobotniej udanej zabawie w klubie dla zblazowanych, nielubiących się nawzajem ciot zostałem całkiem sam. O ile towarzystwo wszelakie pomaga ukoić mi nerwy i większość problemów, samotnie potrafię wybuchnąć w 30 sekund.

Wracałem metrem z łzami w oczach, przez całe 16 minut i 30 sekund trasy. Chcę płakać, chcę wyć, powtarzałem sobie w myślach. Co za głupota. Rzecz która powinna przyprawić mnie o radość i szczęście (w ramach tak zwanego świętego spokoju) doprowadziła mnie do łez i smutku.

Racjonalnie oceniwszy z perspektywą czasu moje problemy, jak zawsze doszedłem do wniosku, że nie chodzi o nikogo innego poza mną samym. Ale to nie miejsce na wypluwanie wniosków, totalnym ekshibicjonistą mimo faktu posiadania bloga stawać się nie zamierzam.

Gdańsk, kurwa.

Zauważyłem także, że co najmniej trzy osoby które trafiło nieszczęście zadurzenia się w mojej osobie, posiadały na ścianach domowych plakaty filmowe 'Ta, Jy i Wszyscy których znamy'. Doprawdy nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tego zjawiska. Może po prostu przyciągam określony typ ludzi? Aż taką niszą jestem?

sobota, 10 października 2009

Stare, naiwne czasy

Robiąc dość tradycyjne przeszukania swojego dysku twardego natknąłem się na to zdjęcie.

To były zamierzchłe czasy, mojego pierwszego profilu na portalu dla gejów. Jak każdy wystraszony nastolatek (tak, nastolatek jeszcze!) nie chciałem pokazywać siebie. Miałem jednak już wtedy pewną skłonność do wyróżniania się. Zatem profilowym zdjęciem stało się...

Moja romantyczność wtedy miała chyba okres szczytujący.

Czasy się zmieniają. Dziś najprawdopodobniej trafił by tam obrazek wielkiego chuja.


poniedziałek, 5 października 2009

Rezultaty

Uf! Wzdychnąłem wchodząc do mieszkania. Przywitało mnie wprawdzie (tradycyjnie) smrodem papierosów, a nie wymarzonym zapachem lawendy. Nauczyłem się już jednak z tym żyć. Jak do tej pory tylko jedną osobę próbowałem namówić do rzucenia. Bezskutecznie. Więcej prób nie deklaruję. Nie starając się nawet o bycie męskim poszurałem nogami do swojego pokoju, rzucając się na wygodny materac wzrokiem skierowanym w sufit.

Co istotniejsze, mija powoli trzeci miesiąc mojego stałego mieszkania tutaj. Początkowo był do pobyt uzależniony od woli dobrych ludzi, u których się zatrzymywałem. Chociaż nie jestem zgoła pewny, czy można ich tym przymiotnikiem określać, na pewno dobrze, że na nich trafiłem. Zostałem wprawdzie później odsunięty przez nich na bok, ale nie mam sił dociekać przyczyn. Imielin pojawił się przypadkiem i został do dziś dnia. Ciesząc mnie widokiem na Las Kabacki z okna, męcząc 16 minutami i 30 sekundami w metrze w jedną stronę.

Pozostaje kwestia, czy jestem zadowolony z tego okresu. Z jednej strony, na pewno mogło być lepiej, moje lenistwo nie pozwoliło żeby lepiej było. Nadal chociażby nie jestem magistrem, mimo uzyskania absolutorium. Z drugiej zdobyłem kilka nowych źródeł dochodu (matko, jeszcze trochę i będzie trzeba zatrudnić księgową ;) ), zawarłem kilka (oby) owocnych znajomości, zabrałem się poważnie za siebie i planuję dalszy rozwój. Nauczyłem się też kilku rzeczy, ale o nich może kiedy indziej.

Jedno jest pewne. Tyle jeszcze przede mną!

Tylko na litość. Czy musi być już tak zimno?

niedziela, 4 października 2009

Starość (nie własna)

Moja mama powiedziała mi niegdyś, że powinienem zacząć się oglądać za równolatkami, a nie dziećmi. W jej pojęciu dziecko to oczywiście osobnik w wieku lat 18, 19.

Popatrzmy zatem. Mam 24 lata i kilka miesięcy. Cóż oferują równolatkowie?

Nie wiem czy to kwestia moich wymagań wygórowanych, zbytniego zapatrzenia w siebie czy krytycyzmu. Ale spora ilość plus-minus 25 latków wygląda... staro. Zakola, zmarszczki mimiczne i inne wspaniałe rzeczy, połączone jednocześnie z outfitem krzyczącym 'wcale nie mam tyle lat' i trampkami na gumkę. Składniki powodujące mimowolny odruch aseksualizmu. A i większości obecnych 20 latków czeka w moim wieku strata słodkiego uroku chłopca, na rzecz szarej codzienności.

Wybaczcie za te bardzo niskie wywody.

Zatem, pal licho. Przedstawię rodzicielce zapewne kiedyś kolejne 'dziecko'.

środa, 30 września 2009

Codzienność

Moje co dwudniowe, dwugodzinne treningi służą mi. Nie tylko mam motywację, by zaczynać dni wcześniej niż zwykle, ale ponadto dodają mi energii. O celach statusowych, czyli chociażby niwelowaniu mojego garba (rzeczy powszechnej wśród wysokich, schylających się na co dzień do karzełkowatych) nie wspomnę.

Dodam, gwoli pedalskiej rzetelności, że towarzystwo na tychże treningach bywa nieraz bardziej apetyczne niż w piątkowe wieczory na Jasnej. Ja oczywiście staram się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na to co mnie otacza, zajmując się na nich głównie sobą i moją, prześwitującą przez białe dresy, pomarańczową bielizną. Zresztą, oceniając trzeźwo, jestem i tak tam najmłodszy, więc wolno mi na fanaberie.

Tymczasem zimny wiatr zaczyna smagać moje nadwrażliwe uszy. Tak, idzie jesień. Chociaż nie mam ochoty nawet tego głośno mówić.

niedziela, 27 września 2009

Witajcie

Tak, to co teraz czytacie jest blogiem.
Przez wiele lat sądziłem, że posiadanie takowego jest oznaką, co najmniej, infantylności. W bardziej skrajnym wypadku także nadmiernego ekshibicjonizmu.
Ale, ostatecznie, czemu by nie, stwierdziłem pewnej nocy. Miejsce gdzie będę mógł się czasem wylać (niekoniecznie chodzi o coś a la mleko) będzie całkiem przydatne. Tak też narodził się pomysł na to miejsce...
Tak, jestem realistą. Mam świadomość, że nie będą tego czytały tłumy. Być może będą to tylko ja, wracając w retrospekcjach do swoich wspomnień.
Powiem więcej. Mam to totalnie w dupie.